Czas, który mija…

Nic niezwykłego w czasie, który mija. Świat obraca się na osi jak wskazówki zegara.  Nikt z nas nie stoi w miejscu.  Czas płynie. Tylko ja  jakiś taki inny. Jestem coraz bardziej oddalony od uczuć, coraz bardziej głuchy na potrzeby własnego serca i coraz mniej podatny na odczucia. To, co do tej pory mnie boleśnie uwierało – teraz co najwyżej niewyraźnie gniecie. Ot -  upływające lata stępiają całkowicie skrajne uczucia pozostawiając jedynie mdły niesmak…

Moja osobowość jest jak liść na drzewie, wraz z końcem pięknej jesieni spadnie, by znowu wrócić odrodzonym na wiosnę.  Na wiosnę w pięknym  zielonym kolorze nadziei.

Nadziei na kolejne nic, na kolejne bezsenne noce, na kolejne bezsensowne świty. Na stada filiżanek z kawą i na  wspomnienia wypalonych  niegdyś papierosów, które rzuciłem już 6 lat temu.

Przez moje dłonie przelatują lata , miesiące, dni.  Smutki, radości i najzwyczajniejsze życiowe banały. Nic  co można byłoby pokolorować literami opowiadania na tym blogu. Wciąż stoję przed tą samą ścianą, która pamiętam od jedenastu lat. Wiem już, że nie uda mi się jej przebić. Być może  gdybym spróbował znaleźć siłę by ją przeskoczyć byłoby znacznie łatwiej. Nie teraz jednak. Jestem zmęczony wiecznym czekaniem na lepsze, które najwyraźniej nie nadejdzie, a przecież  z biegiem  lat coraz trudniej jest wykrzesać z siebie siłę na zmiany.  Wiem już jak może czuć się żółw w przyciasnej skorupie. Wielokroć już na moja głowę zawalił się sufit i wiele, wiele razy odczuwałem już brak świeżego powietrza. I nie ten sufit w sensie dosłownym i nie tego powietrza w sensie fizycznym… Jednak wciąż jeszcze żyję.  Egzystuję coraz  węższym zakresem na aby aby, by nic już niepotrzebnie nie roztrwaniać.  Czas mojej wielkiej życiowej przygody zwanej „młodością” minął bezpowrotnie i już na pewno nie wróci. Czuję to po własnych kościach, które już nie potrafią unieść  tyle, co kiedyś.

Najchętniej zaszyłbym się gdzieś, gdzie nikt nie mógłby mnie już więcej odnaleźć i niepokoić… Czuję potrzebę zapadnięcia się pod ziemię. Coraz większą z każdym następnym mijającym  dniem.

-Nie jest dobrze… I nic nie wskazuje na to by miało być lepiej…

2015 w natarciu

Z odejścia.. . Z progu drzwi wyjściowych 2014 roku spoglądam w mroczną, nieodkrytą jeszcze przyszłość, która zbiorczo zwie się nowym 2015 rokiem.  Póki co poza chłodnym cieniem niczego nie dostrzegam. Otulony  bezpiecznym ciepłem, zamknięty w skorupie własnego świata nie muszę zbytnio się wysilać i zgadywać co też będzie. Wraz z kolejnymi upływającymi latami stałem się jak bezwolny świadek, oglądający przydarzające się historie  i nie mający na nie żadnego wpływu. Jak telewidz, który poza biernym trzymaniem pilota nie ma już na nic innego sił. Czas płynie – tym banalnym stwierdzeniem można  skwitować niemal każdy błąd czy sukces popełniony na własnej drodze. Póki co idę , ale częściej już odpoczywam. Z wiekiem nabrałem przekonania, że nie warto się  śpieszyć – wszystko co ma być, stanie się  i tak w  ściśle określonym i z góry założonym  czasie.

Na  Nowy Rok życzę Wam wielu sukcesów, wspaniałych Przyjaciół, kochającej Rodziny, bezpiecznego i ciepłego Domu, Miłości, Zdrowia, Radości i milionów natchnień by Wasze blogi rosły w siłę!  Do Siego Roku!!!!!

 

 

2015

Boże Narodzenie 2014

Po raz dziesiąty siedzę przy świątecznym stole w Grecji…

Za oknem nie pada śnieg, nie wieje mroźny wiatr, ani tez mróz nie maluje na szybach okien fantastycznych malowideł. Jest ciepło, niebo jest beznadziejne niebieskie i zupełnie spokojne. Na ulicach Aten dzisiaj wyjątkowo spokojnie i zdawać by się mogło, że nawet smog dzisiaj lekko ustąpił…  Jest po prostu spokojnie i stabilnie.  Na złość wszystkiemu i  wszystkim sami sobie  ustalamy dzisiejszy program w TV, umiejętnie żonglując  posiadanymi dyskami DVD .  Ot takie święta z programem na życzenie, z jedzeniem na życzenie, (polskim oczywiście) sałatkami, śledziami… Zamiast  trudno dostępnego tutaj karpia – dzwonka łososia… Jak zwykle chyba przesadziłem z ilością naprodukowanego jedzenia i teraz moja skłonność do przesady będzie karana ustawicznym jedzeniem tego samego  aż do Nowego Roku… Ateny dzisiaj mają Boże Narodzenie, Grecy dopiero dzisiaj świętują  i przynajmniej na chwilkę zamarł  potężny hałas  jaki rządzi tym miastem. Następna  taka okazja dopiero na Wielkanoc.  Ja wraz ze swoim kryzysem osobowości jaki dość często ostatnio pojawia się pod moim dachem, przeżywam kolejne świąteczne chwile  trzymając się sztywno lampki wina… Raz białego jak śnieg, raz czerwonego niczym sok z buraka do barszczu, a raz różowego, jak moje przeszłe marzenia o tym gdzie będę i co będę w życiu robił.  Wino różowe jest teraz winem zapomnienia  i winem uświadomienia mi jak bardzo  myliłem się   w swoich prognozach na przyszłość…  Nie jest źle , nie jest dobrze, nie jest stabilnie,  Jest po prostu błękitnie. Z tym błękitem wejdę w kolejny rok mając świadomość, ze właśnie przepieprzyłem bezpowrotnie kolejne 365 dni na bujaniu w obłokach i czekaniu na to, co nie nastanie.

Nieeee, to nie jest notka pesymistyczna, Jest  tak samo neutralna  i odarta z wszelakich uczuć jak bezduszny błękit, który mam nad głowa… Już wiem, ze w  raju często się uśmiechają, choć tak naprawdę nie mają zielonego pojęcia o znaczeniu uśmiechów. Ot po prostu – nie umieją niczego innego…

Mój świat w czarnym kolorze retro…

Mody się zmieniają.

Świat pędzi do przodu, każdego niemal dnia otrzymujemy kolejną porcje nowości do przetrawienia, radości do uśmiechu i smutku do łez. Ludzka masa krąży wokół mnie, tysiące twarzy spotykane każdego dnia. Mijam innych ludzi biegnących gdzieś w tej  przestrzeni czasu i wiem, że nie zapamiętam wcale tego jak wyglądają, jak są ubrani, jakie kolory na sobie noszą. Jesteśmy dla siebie czystym przypadkiem. Z równie  dobrym skutkiem mógłbym zwracać uwagę na markę samochodu i kolor jego karoserii za każdym razem, kiedy któryś z nich mnie mija.  Z ludźmi jest podobnie.  Czasem tylko nagle podnoszę wzrok gdy na ulicy okazuje się, że przypadkiem jakaś osoba, którą chciałem minąć ustępuje mi drogi schodząc  w tym  samym kierunku co ja.  Czas jakiś trwa ten komediowy kontredans dziwnych zbieżności i zanim osiągniemy „przeciwną synchronizację” na chwilkę zatrzymamy w pamięci obraz naszych twarzy. Tylko na chwilkę. Tak właśnie wygląda życie patrząc z perspektywy ludzkiej masy, której jestem częścią. Nie zatrzymamy serdecznego uśmiechu z okazji spotkania na swojej drodze przypadkowego Człowieka.  Tutaj uśmiech serdeczności zostanie zastąpiony grymasem zakłopotania lub lekkiego poirytowania faktem iż ktoś ośmiela się hamować pęd, którym bezmyślnie podążam.   Dziwny świat, gdzie  żywa istota ma mniejszą wartość od martwych przedmiotów, które skrzętnie gromadzimy przez całe życie,  chcąc więcej i więcej…

Mija powoli dziesięć lat odkąd wyleciałem ze swojej bielskiej dziupli. Z mojego domu, pełnego  wszelakiego hałasu, muzyki, rozmów,  psów, znajomych, doniczkowych kwiatów w oknach. Domu zawalonego wszelakiego rodzaju papierami,  książkami, gramofonowymi płytami, fotografiami z życia i kolorowymi pocztówkami z różnych części  Ziemi.  Dziesięć lat to bardzo długo zdawać by się  mogło. Dla mnie ten czas przeleciał tak szybko, ze nie jestem w stanie podczepić konkretnych tutejszych przeżyć i wydarzeń pod konkretne pasujące do nich prawidłowe daty. Wszystko zlewa się w jeden dyżurny termin zwany „Grecją”  Moje życie dzielę powoli na dwie epoki – „przed Grecją” i  ”w Grecji”.  I Bóg mi świadkiem,  że chciałbym by doszedł do tego kolejny okres „po Grecji”   pod błękitnym niebem już wypocząłem.  Chcę ponownie  wiosennej zieleni,  jesiennych kolorów, szarości płaczącego nieba czy ciszy  w bieli padającego śniegu. Siarczysty mróz pachnie o niebo lepiej niż smród setek samochodów w centrum tego najgorszego z możliwych miast w jakim przyszło mi żyć ostatnia dekadę…

Z mojego bielskiego domu nie pozostały już nawet ślady. Przez 1/10 wieku wszystko się zmieniło – nic nie jest już takie samo i nic nie istnieje w kształcie  takim jak wtedy. Bielsko oczywiście trwa napędzane śmiechem kolejnych pokoleń zachwyconych jego urodą i klimatem.  Kameralne miasto jednak zmienia się tak samo jak pokolenia i patrząc teraz na zmiany jakie  następują jakoś trudno znaleźć mi jeden punkt oparcia,  ze jest jak dawniej. Nic nie jest  jak dawniej… Nic…  Nic poza jednym szczegółem…

Poza szczegółem w postaci kręcącej się płyty na talerzu gramofonu. Czarnej.  Nazywanej przez niektórych „winylem”, „retro”, „analogiem”  itd.  Dla mnie dom istnieje tylko tam, gdzie w tle rozmów i  hałasu życia słychać także nuty z kręcącej się na gramofonie płyty.  W innym przypadku jest tylko cisza i jałowość bezsensownego cyfrowego świata, do bólu pozbawionego wszelkich wad i szumów, a przez to zimnego i mnie  obcego.  Tak, jestem konserwatystą, dawno temu minęła mi pierwsza fascynacja krążkami CDDA.  I pomyśleć, ze kiedyś miałem zamiar odsprzedać posiadane przez siebie „analogi” na rzecz zamiany ich w to beznadziejne srebrne, metaliczne badziewie! Oczywiście nie da się uniknąć cyfrowego świata w kolejnych latach XXI wieku, bo byłaby to utopia! Korzystam z cyfrowych plików, nie  wyobrażam sobie świata  bez DVD, jak najbardziej nie izoluje się od nich, ale słuchanie muzyki z płyt analogowych jest dla mnie szczególnym rodzajem rytuału i hołdu oddawanego zarówno twórcom muzyki, jak i twórcom tego doskonalonego przez całe dziesięciolecia medium. Cieszy mnie, ze „czarna płyta” nie umarła i ma się z roku na rok coraz lepiej.

Bardzo długo będąc tutaj odsuwałem od siebie myśli, że tak fajnie byłoby znów usiąść wieczorem i posłuchać muzyki obserwując jednocześnie rzucającą urokliwe błyski, obracająca się płytę… Bardzo długo ta właśnie myśl odsuwana poza bezpieczny nawias, stanowiła dla mnie drzazgę i zadrę. Gramofon wpadł mi w ręce  całkiem przypadkiem… Od jakiegoś czasu uprawiając wędrówki po  urokliwych zakamarkach  Starego Miasta w Atenach natrafiałem na  niejeden kram z płytami, ale szybko odwracałem głowę od tych miejsc, starając się tam nawet nie włazić by po raz kolejny nie uruchamiać stłumionej greckimi latami manii… Tłumacząc to „brakiem posiadania gramofonu”  jednak pewnego dnia i ta przeszkoda ustąpiła.  w ten sposób znowu po latach jestem maniakiem i mogę cieszyć się tym, co nie udało mi się dostać w Polsce. Gromadzę kolekcję z coraz większym przerażeniem,  że w końcu zostanę przez nią przygnieciony i stanę się ofiarą złożoną na ołtarzu własnych pasji.  Jednocześnie z radością przyjmuje fakt, że takich maniaków jak ja  jest więcej.  Maniaków grzebiących w płytach i  z iskrzącym blaskiem w oczach wygrzebujących z różnych miejsc rzeczy dla siebie interesujące.  Cudne to uczucie, mój pokój znowu pachnie gramofonowymi płytami. I znowu słychać muzykę sączącą się zza subtelnej niby to  pajęczej siateczki lekkiego  szumu winylowego nośnika i znowu czuję się bliżej własnego domu, bliżej ideału własnego domu, bliżej  życia w sposób który kocham.  Bliżej ideału mojego kolorowego świata labeli  z czarnym tłem.

I tylko jedno w tym wszystkim jest smutne…  Daty na okładkach płyt, uświadamiające mi  ile mam lat, zdjęcia młodych, pięknych twarzy moich idoli, kolidujących często ze stanem obecnym i to  nostalgiczne przeświadczenie że czas został na zawsze sprasowany pomiędzy dwie strony świata: ” Stronę A” i ” Stronę B”.

Przez 10 lat życia tutaj udało nam się odtworzyć nasz dom. Ale tylko w sensie miejsca do mieszkania. Atmosfery niestety nie.  Z wielu, wielu względów, ale i także braku wielu osób. Płyty niby już tu są, niestety nie ma wciąż tamtych ludzi, tamtych okoliczności, tamtych kolorowych szalonych kubków do kawy i wielu niesamowitych  godzin głębokich i czarnych jak winylowa płyta nocy, przegadanych, nieprzespanych, przy muzyce, przy papierosowym dymie przy uśmiechu lub smutku. Brak ducha tamtych lat. Niech chociaż te czarne „placki” lekko mi go przybliżą…  Kawa smakuje na szczęście tak samo jak kiedyś. Pita w samotności nocy ma lekko gorzko-kwaśny smak, jednak osłodzona aksamitną muzyką w głębokiej czerni nocy smakuje wybornie. Zanim nadejdzie kolejny świt dobiegającego końca 2014 roku, diamentowa igła pokona jeszcze długą drogę wędrówki banalnym rowkiem wynalazku, który raz na zawsze zmienił świat…